22.7.19

Jak powietrze – rozdział XIV


Jak powietrze (BlackKnightSatellite)
Rozdział XIV – Głowa Śmierci (2/5)

Na decyzję Alana potrzebuje dwudziestu oddechów. Potem podnosi się z fotela przed bezużytecznymi w tej chwili monitorami. Nie ma już kontroli nad systemami zabezpieczeń, więc nawet gdyby kamery działały, jaki byłby sens śledzenia tych obrazów? Wspiera się na lasce, ale drugą rękę, w której trzyma broń, prostuje jeszcze przed opuszczeniem bezpiecznej przestrzeni schronu.
Jack udał się zapewne do celi Willa; byłoby to logiczne. Kobieta wyraźnie pamięta osobliwą postawę Grahama – nietypowe ułożenie jego rąk, dziwną pozycję ramion – na krótko przed tym, jak kamery zostały wyłączone. To był ostatni moment, gdy go widziała.
Skręca w lewo, w stronę windy, a następnie naciska przycisk parteru.
Mógłabym wyjść głównymi drzwiami, myśli, wsiąść do samochodu i wezwać policję i Kade Prurnell w drodze do miasta. Do Margot. Oczami wyobraźni widzi żonę śpiącą spokojnie w ich łóżku, z kasztanowymi lokami rozsypanymi po poduszkach i wtulonym w nią Morganem. Każdą cząstką siebie chciałaby być z nimi, bezpieczna w świecie, którego nigdy nie spodziewała się mieć i którego pragnie bronić choćby i za cenę życia.


─ ♦ ─


Pokój się topi, topią się – jak zegary Daliego – schody i ściany. Jedynym, co pozostaje stałe, jedyną rzeczą, która powstrzymuje go od rozpłynięcia się tak samo jak wszystko wokół, jest Hannibal. Jak zwykle. Przynajmniej ta jedna rzecz pozostała w oczach Willa niezmienna, niezależnie od wydarzeń: Hannibal zawsze był jego oparciem, jego filarem, jego stabilnym gruntem w rzeczywistości, która w każdej chwili mogła zacząć mu umykać. Trzymając nadgarstki mężczyzny i wpatrując się w twarz, na której maluje się znajoma czułość, oddycha tak długo, aż korytarz i reszta rzeczywistości wokół nich wreszcie zastygają w bezruchu. Lecter gładzi kciukiem wewnętrzną stronę jego przedramienia. Młodzieniec nie potrafi powstrzymać cichego westchnienia wobec tego dotyku. Dom, myśli. W głowie przetwarza wszystko, co właśnie usłyszał, wyłapując raz po raz to jedno słowo i obietnicę, którą w sobie niesie. Dom. Nie miejsce, nie odniesienie do wyznaczonej lokalizacji, lecz stan. Teraz już to wie. Ciasno objęci, otoczeni zwłokami, które pozostawili za sobą w drodze ku zjednoczeniu, znów są w domu.
Nagle czujność ich obu budzi cichy jęk dobiegający z tyłu. Will odskakuje od Hannibala, zastanawiając się, czy jego wzmocniona świadomość obecności Hannibala jest odwzajemniona; czy Lecter czuje to samo ukłucie tęsknoty w chwili, gdy ich fizyczne połączenie zostaje zerwane. Postanawia, że kiedy to wszystko się skończy, będzie go dotykał – i nic już nie stanie mu na przeszkodzie, nic go od niego nie oderwie.
Jęk rozlega się ponownie i Will klnie półszeptem, gwałtownie rzucając się ku ocalałemu strażnikowi, by chwycić go i wyciągnąć za kołnierz zza rogu.
 ― Co by tu z tobą zrobić? ― zastanawia się, przytrzymując śmiertelnie przerażonego mężczyznę pod świetlówką.
 ― Weźmy go ze sobą ― mówi Hannibal, wsuwając w jedną z dłoni Willa upuszczony przez niego nóż, a w drugą własną dłoń.
Will splata ze sobą ich palce i marszczy brwi.
 ― Poważnie?
 ― Tak ― odpowiada mężczyzna. ― Chodźmy. Już. ― Ciągnie go za dłoń, więc Will zarzuca ramię na szyję strażnika i przykłada ostrze noża do jego gardła, by w ten sposób poprowadzić go za nimi. Mężczyzna nie stawia oporu, jest zbyt przestraszony; kroczy za nimi niezgrabnie, ze strachu niezdolny nawet do normalnego chodu.
Will spodziewa się, że Hannibal poprowadzi ich na klatkę, wybierając tę samą drogę, którą przyszedł. Zatrzymuje wzrok na spoczywających u szczytu schodów, otoczonych kałużą krwi zwłokach, widząc dokładnie moment końca tych nieszczęśników: odbijające się od ścian wrzaski, poruszający się Lecter, krwawa postać, której każdy gest niesie za sobą krzyki konających; ten próbował uciekać, lecz ruch przyciągnął wzrok drapieżnika, oto więc znalazł się w potrzasku, między łowcą a jego prawdziwą ofiarą. A jednak zamiast tam, Hannibal ciągnie go wgłąb korytarza, oddalając się od schodów i od pozbawionej książek celi, która była domem dla nich obu.
 ― Jack idzie do twojej celi równoległym korytarzem ― wyjaśnia nieco zadyszany, ponieważ biegną. ― Kiedy zobaczy, że zniknąłeś, podąży śladem ciał na klatkę schodową.
 ― Idziemy do windy ― kwituje Will głosem znacznie bardziej ochrypłym niż Hannibal. ― Zgaduję, że jest zabezpieczona osobnym kodem. I nie sądzę, aby znał go ten dzieciak.
 ― Zhakowałem systemy bezpieczeństwa i komunikacji z poziomu panelu na parterze ― oznajmia Lecter, gdy przystają u drzwi windy. Mężczyzna wyciska jedyny przycisk i znajdująca się pod nim strzałka w dół zapala się na zielono. Na wyświetlaczu nad drzwiami widać liczbę trzy.
 ― Moglibyśmy po niego wrócić ― zauważa Will i momentalnie czuje, jak Hannibal sztywnieje. Dłoń mężczyzny zaciska się tak mocno na jego palcach, że zaczynają go boleć knykcie. Cztery. ― Chciałeś, żebym był sędzią ― dodaje, podciągając wyżej drżącego strażnika, pod którym uginają się nogi (ma nadzieję, że jedynie chwilowo). ― Osądzę Jacka Crawforda za zniszczenie mi życia.
 ― Myślałem, że to ja je zniszczyłem ― odzywa się Lecter wyważonym, neutralnym tonem.
Drzwi windy stają przed nimi otworem i Will się uśmiecha. Strażnik odzyskuje kontrolę nad nogami; młodzieniec wciąga go bez delikatności do kabiny.
 ― Może innym razem ― mówi, lustrując wzrokiem beznamiętne oblicze swego partnera. Wie, że to była długa noc dla nich obu, i wciąż daleko jej do końca. ― Ilu ich zostało? ― podpytuje, a Hannibal wciska przycisk parteru i drzwi zasuwają się za nimi złośliwie powoli.
 ― Nikt ― pada odpowiedź i Will zarówno czuje, jak i słyszy szloch, który wyrywa się ich jeńcowi.
 ― O Jezu ― szepcze płaczliwie strażnik. ― O Boże.
 ― Uważasz, że jesteśmy potworami? ― pyta Hannibal. Ciągnie jeden z kosmyków włosów, kiedy odpowiada mu cisza.
 ― Dlaczego to robicie? ― wydusza mężczyzna, jąkając się. Will niemal wywraca oczami. Zupełnie jak Jack i każda inna znana mu osoba – wszyscy chcieliby wiedzieć, zrozumieć, co sprawia, że człowiek morduje w taki sposób jak Hannibal. A przynajmniej wydaje im się, że by chcieli. Nie mogą jednak zrozumieć Hannibala, nie ulegając wcześniej przemianie; nie zmieniając się pod wpływem tego, z czym zrozumienie się wiąże.
 ― Lubię to ― odpowiada Hannibal szczerze i bez śladu skruchy. ― Sprawia mi to przyjemność. Nie muszę tego robić. Mógłbym doskonale funkcjonować bez tego. Ale chcę. To wystarczający powód.
 ― Po co trzymacie mnie przy życiu? ― strażnikowi udaje się zabrzmieć wyzywająco, mimo iż szlocha, odkąd Hannibal przekroczył próg drzwi prowadzących na klatkę schodową. Ponad głową nieszczęśnika spojrzenie ciemnoczerwonych oczu spotyka się ze spojrzeniem Willa.
 ― Ktoś musi przetrwać, by opowiedzieć historię ― oznajmia krótko Lecter.
Serce Willa łomocze wściekle; kciuk Hannibala przesuwa się po jego knykciach, a tymczasem winda dojeżdża na parter. Drzwi kabiny zaczynają się rozsuwać i żołądek podjeżdża młodzieńcowi do gardła. Jeszcze zanim otwierają się do końca, patrzy się wprost w ciemny otwór lufy trzymanej przez Alany broni.
 ― Och ― jest w stanie wydusić, zaciskając mocniej ramię wokół klatki piersiowej strażnika i unosząc nóż, by docisnąć go do jego grdyki. Alana przełyka ciężko ślinę i odciąga kurek, czemu towarzyszy mechaniczny dźwięk. Celuje bronią wprost w mostek nosa Lectera.
Hannibal również przełyka ślinę; Will to słyszy.
 ― Alano ― mówi, układając jedną z dłoni na ramieniu młodzieńca. Kciukiem gładzi jego kark, leniwie, bez wzruszenia kreśląc na nim wzory, podczas gdy reszta jego palców muska kość obojczykową. Will mimowolnie wyobraża sobie, z jaką łatwością ta dłoń mogłaby się zacisnąć wokół jego gardła. Ma świadomość, że Alana również o tym myśli – oraz że taki właśnie był cel Hannibala: dać jej sugestię, że mógłby go skrzywdzić. Zastanawia się, jak daleko posunąłby się w tej grze. Jak daleko ma zamiar się posunąć. ― Cudownie znów cię widzieć.
 ― Wychodźcie ― rozkazuje Alana, stawiając stopę w drzwiach, nim którykolwiek z nich może nacisnąć przycisk, by je zamknąć. Will ją wymija, udaje mu się jednak na chwilę znaleźć między nią a Hannibalem. Trzyma strażnika przy swej piersi jak tarczę. Kobieta spogląda na niego gniewnie, po czym wolną pięścią naciska przycisk, by posłać pustą kabinę na ostatnie piętro. Ma to być dla Jacka oczywistym sygnałem, o ile ten w ogóle go potrzebuje, możliwe bowiem, że już pędzi do nich schodami.
 ― Jak sobie wyobrażasz to zakończenie, Alano? ― pyta Hannibal, znów ze spokojem opierając dłoń o ramię Willa.
Kobieta wciąż w niego celuje, zaciskając usta w wąską kreskę. Przez chwilę młodzieniec jest pewien, że nie odpowie. Nieangażowanie się jest najmądrzejszym wyborem, jakiego mogłaby dokonać. A jednak decyduje inaczej.
 ― Raczej nie pójdziesz ze mną dobrowolnie.
 ― W istocie ― odpowiada mężczyzna, a w jego głosie słychać uśmieszek. ― Kiedy zjawi się Jack lub zatrudniona przez ciebie kawaleria, Will poderżnie temu człowiekowi gardło. Umrze w ciągu kilku minut. Być może uda ci się zastrzelić jednego z nas, ale wtedy zaatakuje cię drugi. Wystarczą sekundy, znacznie mniej czasu, niż potrzeba, by skonał ten nieszczęsny młody człowiek.
Oczy Alany zwężają się.
 ― Mierzę do ciebie. Will mnie zabije, kiedy cię zastrzelę?
 ― Nie wiem ― mruczy Hannibal. ― Zrobisz to, Will?
 ― Nie chcesz się przekonać ― cedzi Graham. Dłoń, w której trzyma nóż, jest stabilna. Dociska ostrze, a wówczas przy jego krawędzi pojawia się czerwień.
 ― Którykolwiek z nas pozostanie tu po twojej śmierci, ruszy po Jacka – a może ruszymy po niego obaj. Potem zaś, Alano, zaczniemy zabijać tych, którzy przybędą tu, by z nami walczyć, i będziemy zabijać dopóty, dopóki nie odniesiemy śmiertelnych ran. Powiedziałaś mi kiedyś, że zginęło już dość ludzi ― kontynuuje swą przemowę Lecter. ― Jeżeli nas tu zatrzymasz, zginie ich więcej. W tym również ten strażnik. I ty, Alano.
 ― Zginie ich więcej bez względu na to, czy was tu zatrzymam, czy nie ― zauważa kobieta.
 ― Bez wątpienia ― przyznaje Hannibal tonem tak beztroskim, jak gdyby omawiał z nią właśnie swoją ostatnią kompozycję na klawesyn. ― Jeśli jednak zejdziesz nam z drogi, wśród nich nie będzie ciebie.
Alana unosi brew, ale ręka, w której ściska pistolet, ani drgnie.
 ― Znów jesteśmy w decydującym momencie ― kontynuuje Lecter z twardym akcentem, wiedząc, że potrzeba jej zapewnień. ― Ty, mierząca do mnie z broni, i ja, mogący dać ci jedynie słowo. Drugą szansę. Pozwól nam odejść, Alano. Wykorzystaj drugą szansę, by odwrócić wzrok, a zapomnę o tym, co ci wtedy obiecałem. Nie zabiję cię.
Will czuje na swym ramieniu paniczne bicie serca strażnika. Obserwuje Alanę, wejście na klatkę schodową i drzwi windy; w każdej chwili ktoś może im przerwać. Spoglądając na kobietę, oblicza odległość między nimi i zastanawia się nad siłą, z jaką musiałby pchnąć na nią strażnika, by ogłuszyć ich oboje.
 ― Złamiesz słowo ― mówi w końcu doktor Bloom. Broń drga lekko w jej dłoni i Will czuje w mięśniach falę rozluźnienia.
 ― Dam ci je na nowo ― prostuje Hannibal. ― To czas drugich szans, Alano. Gorycz w sercu truje tego, kto ją w nim nosi. Nie wybieraj zemsty, kiedy tym, czego pragniesz, jest bezpieczeństwo.
Doktor Bloom opuszcza odrobinę ramię, a wówczas Will, korzystając z tego, że jej śliskie od potu palce nie stawiają oporu dość skutecznie, odbiera jej broń i uderza kobietę chwytem w tył głowy. Następnie to samo robi ze strażnikiem, pozwalając, by legli na ziemi bez ładu, jedno na drugim.
Z klatki schodowej dobiega ich jakieś echo, a może to tylko wyobraźnia płata Willowi figle. Spogląda na Hannibala, na ten jego nikły uśmieszek; jeżeli nawet żałuje swojego niezwykle rzadkiego przejawu litości, nie widać tego po nim.
 ― Ruszamy?
Młodzieniec kiwa głową, zerkając za siebie, na Alanę i człowieka, którego Hannibal ocalił, by mógł opowiedzieć ich historię, i zastanawiając się, na ile był to romantyczny gest, a na ile test mający sprawdzić, czy Will pozostawi przy życiu świadka swych zbrodni, który nie ma powodu, by go wybielać. Zastanawia się też, jak długo jeszcze będą się tak wzajemnie sprawdzać; a może to już koniec forteli? Chciałby tego. Mija załamanie korytarza i podąża za Hannibalem; wychodzą przez drzwi frontowe, a potem znikają wśród drzew na skraju kompleksu.